O technice. Nie-działanie

Wiele lat temu zafascynowałem się tematem taoizmu. Nie pamiętam dokładnie, jak na niego trafiłem. Byłem bardzo pochłonięty tematyką medytacji (książki Bokara Rinpocze) i chińskimi sztukami walki.

Wydaje mi się, że pewnego dnia w księgarni natknąłem się na książeczkę Tao Te Ching Laozi (w tłumaczeniu Thomasa Cleary'ego, dla mnie to najlepsza wersja). Pochłonąłem ją. Niektóre z jej rozdziałów są po prostu cudowne.

Pustka nicość jako siła twórcza, bezpostaciowość jako podstawa, nie-działanie jako napęd działania. Jak brak formy w Tao Jeet Kune Do Bruce'a Lee.

Jestem w ruchu, a jednak nie poruszam się wcale. Jestem jak księżyc nad falami, który zawsze się toczy i kołysze. To nie jest »ja to robię«, ale raczej wewnętrzne zrozumienie, że »to dzieje się przeze mnie« lub »to robi to dla mnie«. Samoświadomość jest największą przeszkodą w poprawnym wykonaniu jakiegokolwiek działania fizycznego.

Tao Jeet Kune Do - Bruce Lee

Co ciekawe, w Hiszpanii był iluzjonista, Gabriel Moreno, który dał się uwieść tej samej filozofii w swojej pracy magicznej. Zaczerpnął idee z »Zen w sztuce łucznictwa« i przeniósł je do magii. Jego pomysły, by pozwolić, by to rekwizyty, karty same wykonywały akcję, tak abyśmy my nie musieli jej robić, to czysty geniusz. Gabriel Moreno rozwinął w ten sposób całą teorię na temat praktyki iluzji i nie-działania, by móc przekazać ten brak akcji widzowi. Polecam przeczytać wspaniały artykuł o Gabrielu, który opublikował Miguel Muñoz w Maese Coral 2.

Niedawno Giancarlo Scalia postanowił przestudiować techniki magiczne, a raczej potrzeby efektów od strony nie-działania, lub prawie-nie-działania, w swojej pracy nad Bluffem »Wiele więcej niż nic«. Przenosi w niej filozofię bluff passa (lub nie-passa) na wiele innych technik i konceptów. Na przykład zrozumienie napięć i form naturalnych ruchów, by móc maskować nie-działanie, jak chociażby tasowanie bez tasowania.

W tym przypadku odpowiada to pragmatycznej filozofii, od potrzeby do działania, z dołu do góry, zamiast paradygmatu narzucającego działanie z góry na dół.

Pozwala to nieco lepiej zrozumieć potęgę nie-działania samego w sobie. W pewnym sensie to podejście najbliższe samej filozofii iluzji. Ma się wydawać, że nie robimy nic, »najlepsza technika to ta, która nie istnieje«, jak mawiał Ascanio. Więc im jej mniej, tym lepiej. Zresztą ta idea napędzała Gabriela Moreno w jego iluzji i szczególnie dobrze rezonowała z Zen, które odnalazł później. Inne podejście, jak już wspomniałem, to to Giancarlo, który maskuje swoje nie-działania w ruchach »wirtualnych«. Symulowanie akcji, jak przy fałszywym tasowaniu, gdzie udajemy, że wykonujemy prawdziwe tasowanie, podnosząc i opuszczając karty, kontrolując je, ale dochodząc do skrajności nietasowania wcale, nie ruszając ani jednej karty, chociaż wydaje się, że to robimy. Geniusz.

Tu pojawia się też Gabi. Uważam, że jednym z jego największych wkładów – zawsze powtarzałem, że Gabi to znacznie więcej niż tylko iluzja fikcjonalna – jest destylacja rutyn. Jego umiejętność dostrzegania potrzeb sztuczek i usuwania wszystkiego, co zbędne. Gabi cytował Saint-Exupéry'ego : »Doskonałość osiąga się nie wtedy, kiedy nie można już nic dodać, ale wtedy, kiedy nie można już nic odjąć«. Cóż za zdanie, bardzo ważne, by o nim pamiętać podczas prezentowania iluzji.

My, magicy, mamy naturalną tendencję do tworzenia coraz to nowszych technik. Jak mawiał sam Gabi, w magii życie wewnętrzne (metoda i technika) jest hiperrozbudowane w stosunku do życia zewnętrznego (efektu).

Myślę, że ta tendencja bierze się stąd, że często to właśnie innym iluzjonistom najczęściej pokazujemy sztuczki. Chcąc oszukać magików, rzucamy się w pogoń za nowymi metodami. Jak pisze Darwin Ortiz w »Strong Magic«, jeśli magik nie zauważy 10% sztuczki, bije nam brawo, bo udało nam się go oszukać. I tak bardzo staramy się zdobyć te 10% dla magików, zaniedbując pozostałe 90%, że okazuje się – co znów zauważa Ortiz – iż jeśli widz przyłapie nas na tych 10%, to już uważa, że nas przejrzał, i cała magia pryska.

Innym powodem jest źle pojęte dopasowywanie efektu do własnej osobowości. Czasami modyfikacja techniki będzie konieczna, by była dla nas wygodniejsza, albo by dostosować ją do naszego sposobu prezentacji życia zewnętrznego, ale nie zawsze. Nie ma nic złego we własnym stylu, to wręcz pożądane, ale nie możemy mieć na tym punkcie obsesji. Czasami wystarczy zmodyfikować tylko życie zewnętrzne, by uczynić rutynę naszą. Często też mamy wrażenie, że stajemy się lepszymi iluzjonistami, stosując więcej technik i szukając dodatkowych komplikacji. Myślę, że to nieuniknione i to droga, przez którą przechodzi prawie każdy z nas, ale to oznaka »magicznego dojrzewania«, z którego powinno się w końcu wyrosnąć.

To prawda, że im bogatszy arsenał techniczny, tym więcej efektów możemy wykonać i rutyn zbudować, a im lepsza technika, tym mniej rzuca się w oczy. Ale w końcu odczujemy potrzebę upychania tych technik do sztuczek, w których w ogóle nie są potrzebne, tworząc barokowe życie wewnętrzne i wprowadzając chaos w życiu zewnętrznym.

Z drugiej strony, magicy szukający prostoty, o których wspomniałem, to w rzeczywistości niesamowicie techniczni ludzie – Gabriel Moreno ze swoimi legendarnymi umiejętnościami stanowi szczyt techniki – ale jak mawiał Ascanio: »aby zdobyć księżniczkę prostoty, najpierw trzeba pokonać smoka trudności«. Gdy osiągniemy pewien poziom magicznej dojrzałości, potrafimy spojrzeć na rutynę i odrzucić wszystko, co zbyteczne, wprowadzając jedynie technikę naprawdę niezbędną i najlepiej rezonującą z samym efektem.

Ascanio mawiał również, że technika to tylko 10% rutyny, ale te 10% jest kluczowe. Jak sól w zupie – to niewiele w porównaniu z resztą składników, ale jest niezbędna.

Krytyka nadmiaru techniki celuje bardziej w jej nadużywanie, przesyt sleightów, w niezrozumienie iluzji jako efektu/zjawiska doświadczanego przez widza, i w traktowanie jej jako własnego popisu czy samozadowolenia z poprawnie wykonanej mechaniki.

Są takie efekty, jak chociażby Spin Doctor Bannona, gdzie nagle pojawia się dodatkowa karta – co na domiar złego obnaża metodę – tylko po to, by gonić za kolejnymi momentami magicznymi w myśl zasady »im więcej, tym lepiej«. Według mnie to niszczy fikcję, iluzję i samo doświadczenie, a wszystko tylko po to, by nasycić ego magika. To sztuczka z czterema asami, a potem ujawniasz, że masz dodatkową kartę, po czym okazuje się, że koszulki zmieniły kolory... Jak mawiał Vernon, zamieszanie to nie magia, a niektórzy wierzą, że zdezorientowanie widza setką zdarzeń to właśnie iluzja.

Innym powodem, przez który, moim zdaniem, upychamy nadmiar technik, jest poczucie winy. Powtarzamy się, nadmiernie tasujemy, za dużo pokazujemy (Ascanio spready, Elmsley county...), kiedy wcale nie trzeba. W rutynie, której nauczył mnie kolega, był moment pokazania kart za pomocą Ascanio spread. Nie przekonywał mnie, nie wyglądał organicznie z punktu widzenia życia zewnętrznego. Wyrzuciłem go i nikt tego nie zauważył, nawet magicy, którzy to oglądali, nie mieli do mnie o to pretensji – »pokazanie tego tutaj, aby udowodnić... Nic«. Jeśli mam 10 czarnych kart i już je pokazałem, po co mam je pokazywać znowu, skoro absolutnie nic w prezentacji nie zasugerowało, że miałyby nimi nie być?

Najczystsza magia, i tu znów wracamy do Ascanio, to kontrast między sytuacją początkową (jasną) a sytuacją końcową (jasną), a im mniej dzieje się pomiędzy, tym lepiej (lub im mniej wydaje się, że się dzieje, za sprawą akcji w tranzycie).

Wersja »Incauto« Gabiego to dla mnie idealny przykład w poszukiwaniu prostoty (wśród wielu innych, jak jego deck odwracalny czy test na spostrzegawczość).

Bierze efekt pełen duplikatów, fałszywych odliczeń, palmów itp. i redukuje go do absolutnego minimum. Jeden multiple lift, jeden Ascanio spread (który zresztą ja sam wyrzucam) i prosty lapping na kolana. I to wciąż ten sam efekt, ale o niebo czystszy, prostszy i do zrobienia w każdych warunkach (pożyczona, niepełna talia, impromptu).

Jak mówi Joaquín Matas na końcu drugiego tomu »A Fuego Lento«, musimy nauczyć się odróżniać klasyki od hitów dla iluzjonistów. To nie to samo, a wynika to stąd, że nie słuchamy publiczności. Są sztuczki, które jako magików wprawiają nas w osłupienie, bo zaskakuje nas metoda lub technika. Myślimy, że będą petardą, a potem okazuje się, że widownia reaguje z dużo mniejszym entuzjazmem niż na banalną i genialną »Podwójną predykcję« (pierwsza sztuczka z Cartomagia Fundamental).

Jak zauważa Juan Tamariz w »Magicznej tęczy«, klasyki – pomijając już temat alegorii naszych pierwotnych pragnień – to efekty koncepcyjnie proste z punktu widzenia widza. Podarta i odtworzona nić, Chińskie Obręcze, Sen Skąpca... To nie są zmiany, transformacje, transpozycje czy nieuzasadnione niczym zjawienia.

Musimy słuchać widowni i upraszczać. Najważniejsze, co ujął innymi słowami Tommy Wonder (The Books of Wonder, tom 1), to życie zewnętrzne. Zobrazowanie sobie efektu dokładnie w takiej formie, jakby wyglądał, gdybyśmy mieli magiczne moce, i trzymanie się tej wizji. Im bardziej się od niej oddalimy, tym słabszy będzie nasz cud.

I podobnie w przypadku efektu, który już znamy – poszukiwanie jego istoty i destylowanie tak długo, aż nie będzie można z niego nic ująć ani dodać, jak mawiał Saint-Exupéry. Żeby miał w sobie jak najmniej szumu, a jak najwięcej przejrzystości i ekonomii ruchów. Chociaż czasami to przeciwstawne pojęcia, myślę, że istnieje taki moment, w którym można równomiernie wzmocnić obydwa. Należy dojść do punktu, w którym próba polepszenia jednego spowoduje pogorszenie drugiego. Jeżeli obydwa aspekty da się ulepszyć, naszym obowiązkiem jest to zrobić; w przeciwnym razie sztuczka nie jest dobra.

Bibliografia

Medytacja. Rady dla początkujących. Bokar Rinpocze. Wyd. Dharma

La magia de Ascanio Vol I. Jesús Echeverri. Wyd. Páginas

The Books of Wonder. Tommy Wonder & Stephen Minch. Wyd. Páginas.

Maese Coral Vol. 2.

Strong Magic. Darwin Ortiz. Wyd. Páginas.

A Fuego Lento. Vol 2. Joaquín Matas. Wyd. Mystica

Magiczna Tęcza (El arcoiris mágico). Juan Tamariz. Wyd. Frakson.

Tao te king. Tłum. Thomas Cleary. Wyd. Edaf

Tao of Jeet Kune Do. Bruce Lee. Wyd. Eyras

18
17
Dołącz do rozmowy...
Julio Ribera· Jun 5

Wielkie dzięki za podzielenie się tym!

Oprócz całej wiedzy, którą się dzielisz, jest tu mnóstwo odniesień, by móc wejść głębiej w temat i dalej się uczyć.

Uwielbiam ten cytat z Saint-Exupéry’ego:

@Willy Quintana-Lacaci:

Perfekcję osiąga się nie wtedy, gdy nie ma już nic do dodania, ale wtedy, gdy nie ma już nic do odjęcia
4

Po prostu genialne, wielkie dzięki za podzielenie się tym.

2

Joe, wielkie dzięki!! @fjbm85 Cieszę się, że Ci się podobało!!

0

Bardzo dziękuję wszystkim

1

Widzę, że znasz Gabriela Moreno. Szukam wyjaśnienia jego efektu „Los espejitos”

0

Cześć Antoni,

Obawiam się, że nie. W książce o hiszpańskiej magii XX wieku tego nie ma. O Gabrielu opublikowano niewiele – może Willy Monroe, Miguel Muñoz i inni jego uczniowie, wspólnie z Luisem Garcíą, powinni coś przygotować, bo wielka szkoda, żeby to przepadło.

Może Gea będzie coś wiedział. Zapytam go o to.

Trzymaj się!

1